Prolog
Jak zawsze byłam spóźniona... Nigdy nie umiałam wybrać się na czas do szkoły dzieci, pracy itd.
-Suzy, Mark! Chodźcie szybko do auta!
Od razu po odwiezieniu dzieci do szkoły pojechałam do mojej pracy, naukowca. Kiedy wreszcie dojechałam do laboratorium uznałam że jest zbyt cicho. Pokazałam się ochronie i poszłam na piętro. Tam też było dziwnie. Nawet pomyślałam że pomyliłam dni pracy. Jednak usłyszałam jakiś brzdęk, coś jakby odgłos stłuczonego szkła. Zaczęłam szukać źródła dźwięku. Weszłam do pomieszczenia w którym sprawdzaliśmy próbki krwi, skóry itp.Znalazłam tam Jerry'ego który stał w kałuży krwi do badań i potrzaskanego szkła.
-Nic ci nie jest?- zapytałam odruchowo.
-Nic, nic ale co z tym?- popatrzył na szkło.
-Pomogę ci.
Od razu zabrałam się do sprzątania lecz pech chciał żeby Jerry skaleczył się o szkło. Było to bardzo poważne, ponieważ mógł zarazić się jakąś chorobą. Rzuciłam wszystko i podbiegłam do niego. Pociągnęłam go w stronę łazienki gdzie przemyłam ranę i polałam wodą utlenioną. Jerry próbował zgrywać twardziela ale było widać że ręka go boli.
-Dobra, Amy! Koniec!-warknął-Czas posprzątać a nie użalać się nad głupim skaleczeniem!
Odsunęłam się trochę. Nie przypominał wtedy siebie, zwykle był przyjazny i nigdy na nikogo nie krzyczał. Wystraszyłam się.
-No dobrze. -w końcu odpowiedziałam.
Znowu zabrałam się do sprzątania i zabrałam się do obowiązków. Pierwszy raz nie czułam się dobrze w towarzystwie Jerry'ego.
Następny post wstawię tylko gdy napiszecie chociaż 2 szczere komentarze :D